Społeczne konteksty internetu. Implikacje dla edukacji

Nakładem Wydawnictwa Gdańskiej Wyższej Szkoły Humanistycznej ukazała się po dwóch latach oczekiwania książka “Społeczne konteksty internetu. Implikacje dla edukacji” pod redakcją twórców pracowni54- Damiana Muszyńskiego i Grzegorza Stunża. W książce zebraliśmy teksty z konferencji “Społeczne konteksty rozwoju internetu. Implikacje dla edukacji”, która odbyła się w Gdańsku w czerwcu 2006 roku. Recenzentami publikacji byli profesorowie Kazimierz Krzysztofek i Marek Sokołowski.
Wśród autorów, poza redaktorami, znajdziecie m.in. Aleksandrę Żukowską, redaktorkę pracowni54 oraz Michała Piotra Pręgowskiego, autora świetnego bloga error300.
Na razie zachęcam do lektury wstępu, gdzie znajdziecie krótkie opisy wszystkich tekstów. Książka będzie rozprowadzana przez księgarnię GWSH, ale jeśli ktoś będzie mocno zainteresowany publikacją- proszę o kontakt, na pewno uda się przesłać.
| www.flickr.com
|
wypróżnianie i blip

Wczoraj zdarzyło mi się skomentować artykuł Marty Klimowicz na temat wielozadaniowości a wieloprzestrzenności. Komentarz zamieściłem następujący:
Moim zdaniem mówimy już o jakimś absurdzie- po co jednocześnie korzystać z kilku kanałów komunikacyjnych? To jest przerost formy nad treścią, tak się chyba w “dawnych” czasach mawiało. Bo o ile nie zgadzam się, że nie można odnaleźć się w “natłoku” informacyjnym współczesnej sieci, to jednocześnie jestem zdania, że nie ma najmniejszego sensu mnożyć bytów i rozpraszać wątków na wiele kanałów komunikacyjnych, jeśli nie jest to niezbędne.
Korzystanie jednocześnie z gadu gadu, blipa (co do blipa- od dawna jestem zdania, że nadaje się to tylko do mówienia: “właśnie zrobiłem kupę”) i maila jest w moim odczuciu raczej patologią komunikacyjną niż powodem do radości. Ale to tylko moje zdanie i nie zamierzam nikogo obrażać więc w razie czego z góry przepraszam.
Nie będę się rozwodził nad wielozadaniowością i wspaniałością lub patologicznością korzystania z wielu kanałów komunikacyjnych jednocześnie. Swoje poglądy w skrócie, naszkicowane, przedstawiłem powyżej. O “robieniu kupy” napisałem mimochodem, w nawiasie, naprędce rzucając prowokacyjne hasło, które rzuciłem już kiedyś. Różnica polega na tym, że kiedyś nikt tego nie zauważył. Dzisiaj natomiast Marta napisała artykuł, w którym wyraża swoje zaniepokojenie faktem, że ktoś taki jak ja, zajmujący się zawodowo edukacją medialną, wyraża tego typu komentarze.
A przecież nie napisałem kilkustronicowej analizy blipa, nie roszczę sobie prawa do tego, że na pewno mam rację i nie jest to komentarz w stylu “gry komputerowe ogłupiają”. Po co się rozpisywać, kiedy możecie przeczytać mój komentarz, zamieszczony dzisiaj na blogu Marty Klimowicz:
Musiałbym być idiotą, żeby dyskwalifikować jakikolwiek kanał komunikacyjny, bo sobie coś ubzdurałem, albo widziałem kilkakrotnie przykłady banalnego użycia. Gdyby tak było, nie korzystałbym z narzędzi do publikacji (zwanych np. blogami, ale temat “czym są blogi” proponuję przenieść na inną dyskusję).
Zatem owa “kupa”, dosadne określenie blipowania, twiterowania czy jak to się jeszcze nazywa, nie jest ani atakiem na użytkowników, broń Boże na Ciebie Marto, ale rodzajem prowokacji (które sama Marto wykorzystujesz- przypomnijmy chociaż dyskusje o nudzie polskiej blogosfery). Otóż dochodzimy moim zdaniem do absurdu w przypadku, kiedy ludzie piszą notki (?) jednozdaniowe, kiedy blip, czyli “bardzo lubię informować przyjaciół” staje się informatorem: “właśnie jestem na konferencji”, “właśnie biegam”, “zjadłem kolację” i w tym kontekście umieściłem (może przesadziłem)- “właśnie zrobiłem kupę”.
Sam korzystam z twittera na HIPERbLOGu i wrzucam tam (chociaż dawno tego nie robiłem) linki itp. I jako uzupełnienie głównego kanału komunikacyjnego twittero- bloggery świetnie się sprawdzają. Dziwi mnie nawet, że np. blogger czy wordpress nie zbudowały w swoich narzędziach dodatków w rodzaju blipa.
Odniesienie do wypróżniania to brutalna metafora wypisywania bzdur. Oczywiście, nie mam żadnego prawa mówić, że ktoś źle korzysta z danego medium. Mnie banalne wykorzystania się nie podobają, nie uważam również by blip był dobrym narzędziem zastępującym komunikator tekstowy czy komentarze na blogu. Nie jestem natomiast zakochany w całym “społeczniościowym szaleństwie” i nie muszę kochać wszystkich sposobów wykorzystania nowych kanałów komunikacyjnych.
Tylko, a może aż tyle.
Ciekaw jestem, czy bliperzy, którzy wykorzystują nowy kanał komunikacyjny inaczej niż sam to robię, pożrą mnie żywcem na swoich blipach. Jak na razie efektem mojej wypowiedzi jest kanał http://blipcast.pl/kupa
Na szczęście, nie wszyscy jak Marta wzięli moje słowa śmiertelnie poważnie i dosłownie. Dla mnie dyskusja o kupie na blipie jest sygnałem, że zbyt radykalna krytyka, nawet prowokacyjna, niekoniecznie jest oczekiwana. Czekam tylko, kiedy zostanę postawiony w jednym szeregu z autorem “Kultu amatora”.
Z komentarzy pod wpisem Marty warto zacytować przynajmniej jeden (którego autor nie przekreśla mnie zupełnie i widzi możliwość materializacji “kupy”, czego ani sobie, ani bliperom nie życzę):
Wystarczy z pomocą Google przeszukać blip.pl w kwestii frazy “robie kupe”, by zobaczyć, że co prawda nie jest to kwestia popularna, ale że są na blipie ludzie daleko odbiegających od wyobrażenia zarysowanego przez Filipa. Owszem, jest spora frakcja geeków, w znaczeniu, w którym go Filip użył, ale jest też spora - ciekawe czy będzie rosła? - grupa osób spoza tego dość hermetycznego “kółeczka wzajemnej adoracji”, że tak nawiążę do innego wpisu ^socin
Jeśli blip zyska na popularności (czego w tym kontekście nie wiem czy mu życzyć), to może się z czasem okazać, że apokaliptyczna wizja #kupy na pierwszym miejscu subskrybowanych tagów jest realna…
nagłówek: zrzut ekranu z serwisu “socjologia internetu”
Polska XXI

Ruszyli. Dzisiaj. Portal “Polska XXI” z gwiazdami polskiej polityki, które choć odsunięte, z reguły na własną prośbę, odchodzić od polityki nie zamierzają. No, może poza Rokitą, który nadal chce funkcjonować pozapolitycznie, a kiedy dzisiaj po kilku miesiącach odwiedziłem jego stronę- wizytówkę w sieci, zauważyłem, że logo Platformy Obywatelskiej jakoś dziwnie (?) zmalało.
Ale nie będę rozprawiał tylko o Rokicie. Nową inicjatywę współtworzy nie tylko Kazimierz Ujazdowski- prawdopodobnie chwilowo niezrzeszony poseł, niepolityczny (bo na pewno nie “postpolityczny”- z postpolityki naśmiewa się w swoim pierwszym w życiu poście blogowym, ale o tym za moment) Jan Rokita, ale również “prezydent z Wrocławia” (oby nie skończył jak “premier z Krakowa”), czyli Rafał Dutkiewicz. To o nim Kwaśniewski, jeśli dobrze pamiętam w wywiadzie- rzece ze Sławomirem Sierakowskim powiedział, że będzie kolejnym prezydentem Najjaśniejszej.
Podobno, wyczytałem w TVN24, na portalu w otwartych debatach mają udzielać się prof. Jadwiga Staniszkis- która debiutuje już dzisiaj na stronie głównej, ale i prof. Paweł Śpiewak- były poseł PO.
Czemu portal zasługuje na uwagę? Wystarczy sięgnąć do blogu Jana Rokity i jego pierwszego w historii blogowego wpisu, gdzie pisze on m.in. o potrzebie wejścia na ring “trzeciego”- rozdzielającego, kiedy robi się zbyt ciasno w starciu gigantów, trzymających się wzajem tak mocno, że nie można wykonać żadnego ruchu.
Rokita kończy wpis słowami:
“A Wy- co sądzicie?”
Sprytnie oddalając ewentualne zarzucanie mu, że zaproponował właśnie powołanie nowej partii. Czy będzie nowa formacja? Moim zdaniem słowa Rokity nie pozostawiają złudzeń, a budowanie inicjatywy przez Ujazdowskiego, zapewne Zalewskiego, Dutkiewicza, Sellina, poparcie Śpiewaka, Staniszkis, Ziemkiewicza pozwalają snuć przypuszczenia. Może nawet byłoby ciekawiej, bo POPiSowy kabaret już dawno mi się znudził.
Jest jeszcze jedna ewentualność- Dutkiewicz podkreśla, że do 2010 roku będzie prezydentem Wrocławia, ominą go zatem wybory na prezydenta RP, Rokita twierdzi, że jest pozapolityczny, a Ujazdowski z Zalewskim nie zakładają wciąż koła poselskiego (jak mówią niektórzy, byłby to polityczny samobój i pojawienie się z marnym wynikiem w sondażach)- może zatem Polska XXI, która przynajmniej pozornie wygląda na porozumienie ponad podziałami, stanie się czymś w rodzaju konserwatywno- liberalnej “Krytyki Politycznej”? Na pewno byłoby to ciekawsze od nowej partii i na pewno zaowocowałoby podniesieniem poziomu politycznej debaty, przy jednoczesnym wyraźnym podkreślaniu politycznej tożsamości. Bo chyba tego nam potrzeba- wyjścia z postpolitycznej cukierkowości i TINA’y (naczytałem się dzisiaj Chantal Mouffe więc może jeszcze tego dobrze nie przemyślałem). Bo z postpolityki śmieje się nawet Rokita, chociaż nie wiem, czy nie dlatego, że nie wierzy w jej istnienie.
Kończę polityczne rozważania. W Polsce XXI warto na pewno zwrócić uwagę na blogi. Jeśli nawet konserwatywny Rokita uważa blog za ważne narzędzie i rozpoczyna pisanie, to świadczy dobrze o konserwatystach, przynajmniej tych spod bandery Polski XXI- przenoszą politykę z telewizora do internetu, gdzie można przynajmniej skomentować treści.
Pierwszy wpis Rokity jest też interesujący, bo sprawia wrażenie, jakby Rokita czuł, czym może być blogowanie:
Po raz pierwszy w życiu otwieram blog. Nie będzie on jednak ani dziennikiem o mnie samym i o moim życiu codziennym (po co komu czas tracić na czytanie o tym?), ani też nie zamierzam rozpowszechniać tu zasłyszanych i niepewnych pogłosek o życiu politycznym. Chciałbym, aby mój blog był miejscem, gdzie możemy wspólnie pomyśleć o rzeczywistości, w której żyjemy. Takim, w którym mogą się rodzić myśli jeszcze nieuczesane, niedomyślane do końca i nie roszczące sobie prawa do wyłącznej słuszności. Krótko mówiąc - miejscem, w którym myślenie jest w toku, a poglądy dopiero się rodzą. Jeżeli Was -internautów uda mi się wciągnąć w takie wspólne myślenie, to może wyniknie stąd coś fajnego. Ale sam nie wiem, jak to pójdzie - przecież zaczynam robić coś nowego po raz pierwszy, bez doświadczenia.
Jeśli taka jest wizja blogowania Jana Rokity, to wspaniale. Oby nigdy się nie “sprofesjonalizował” w tej kwestii i zawsze wrzucał szkice, “myśli nieuczasane” bo wróży to interakcje z czytelnikami. A takie kształtowanie pomysłów politycznych, w dyskusji ze zwykłymi ludźmi byłoby bardzo interesujące. Chociaż konserwatystą, w rozumieniu politycznych podziałów, nie jestem, ale na pewno konserwatystom się przyglądam…
obraz w nagłówku: logo ściągnięte z portalu Polska XXI
wyzwania społeczeństwa wiedzy(?)

Drugiego kwietnia w Instytucie Pedagogiki Uniwersytetu Gdańskiego prof. Leszek Korporowicz i dr Sylwia Jaskuła wygłosili wykład “Wyzwania społeczeństwa wiedzy”. Czasu było mało i wykład zamknął się w czasie krótszym niż zegarowa godzina. Dyskusję przeniesiono do gabinetu dyrekcji, gdzie zjawili się zainteresowani rozmową.
Nie będę referował całego wykładu. Co do technicznych uwag odnośnie zawartości- zbyt wiele było definiowania, czym jest informacja, podawania w tabeli określeń dla współczesnego społeczeństwa, wychodząc od starego japońskiego “społeczeństwa informacyjnego”- widać było, że jest to nużące dla wielu słuchaczy. Bo chociaż wiele osób nie zna dokładniej podawanych terminów, to nie sądzę by miało to kluczowe znaczenie dla całego wykładu. W każdym razie autorzy stwierdzili, że zmierzamy do “społeczeństwa wiedzy”, które zdecydowali się samodzielnie zdefiniować. Zanotowałem tylko fragment definicji:
społeczeństwo wiedzy (to takie, w którym -GDS) (…) tworzenie i wykorzystanie wiedzy staje się strategicznym czynnikiem jego rozwoju.
W dyskusji wzięło udział zaledwie kilka osób. Zwrócono uwagę m.in. na małą liczbę odniesień do antropologicznego kontekstu społeczeństwa wiedzy, a sygnalizowali o tym wykładowcy, nie rozwijając jednak myśli.
Zabrałem głos ostatni, właściwie minutę przed wyjściem gości na obiad i nie zgodziłem się z tezą o nadchodzącym społeczeństwie wiedzy, parafrazując definicję referentów:
Społeczeństwo polskie nie jest (i w najbliższej przyszłości nie będzie) społeczeństwem wiedzy, ponieważ tworzenie i wykorzystanie wiedzy NIE staje się w Polsce strategicznym czynnikiem społecznego rozwoju.
Zwróciłem uwagę, że dzieje się tak dlatego, że nie ma żadnej spójnej strategii, która miałaby na celu likwidowanie luki dostępu i luki uczestnictwa. Pani doktor przerwała mi, zwracając uwagę, że dopiero zmierzamy do społeczeństwa wiedzy, ale nie jesteśmy nawet społeczeństwem informacyjnym. Cóż, nie wydaje mi się, żebyśmy musieli sekwencyjnie przechodzić przez identyczne etapy jak inne kraje, zwłaszcza, że w rozumieniu autorów społeczeństwo informacyjne jest gorszym poziomem niż społeczeństwo wiedzy. Nie ma zatem sensu budować społeczeństwa informacyjnego- z resztą samo się u nas buduje, w sensie negatywnym- mamy krótkie informacje niestrukturyzowane w wiedzę- papka medialna- lepiej od razu przejść do budowania społeczeństwa wiedzy. A do tego trzeba konkretnego pomysłu i dyskusji.
Nie zgodziłem się również z pomysłem autorów na ograniczanie dostępu do treści młodym ludziom- nieograniczony dostęp do informacji rzekomo prowadzi do różnorodnych nieszczęść. Zaproponowałem raczej uświadamianie i kształcenie w zakresie, nie indywidualnego (jak proponowali autorzy jako jeden z kroków do społeczeństwa wiedzy), ale zbiorowego filtrowania i oceniania informacji. Bo samodzielne odsiewanie jest na szeroką skalę niemożliwe- zwłaszcza gdy mowa o uczniach np. gimnazjum. Trzeba zatem odejść od starego modelu samodzielnej pracy.
Podobnie nie zgodziłem się, że wirtualizacja kontaktów jest zagrożeniem. Nie zdążyłem nawet rozwinąć myśli przenoszenia kontaktów ze świata wirtualnego (nie lubię nieustannego rozgraniczania, nie widzę w tym sensu, ale sam czasem “z marszu” z niego korzystam) na świat realny i korzyści ze społecznego uczestnictwa dzięki wirtualnym zapośredniczeniom (chciałoby się krzyknąć “telefon też tworzy wirtualną przestrzeń!”). Zwróciłem również uwagę, że w naszym kraju funkcjonuje “demonizacja uzależnienia od internetu”. Bo zagrożenie uzależnienia od sieci wskazywali autorzy. Oczywiście, uzależnić się można, podobnie jak od telewizji (chociaż wolę uzależnienie od sieci i kontaktów społecznych niż wgapianie w ekran i zapping), można się uzależnić podobnie jak od narkotyków. Ale to są przypadki skrajne. A uzależnienie od internetowych kanałów komunikacyjnych ma raczej charakter uzależnienia cywilizacyjnego- podobnie jak uzależnienie od samochodu czy używania butów. I nie należy potępiać sieci, ale zastanowić, jak minimalizować zagrożenia, nieustannie redefiniować je na nowo, wykluczając jednak zagrożenie wynikające ze strachu przed nowym medium. Bo sieć internetowa dla nas, a zwłaszcza dla badaczy społecznych nie jest już nowością. Jest częścią rzeczywistości i postawa autorów wykładu wpisała się niebezpiecznie w pseudopedagogiczną postawę “gry komputerowe przyczyniają się do morderstw i samobójstw”.
Na koniec, również wbrew gościom, którzy postulowali zwiększenie roli szkolnych informatyków, jako edukatorów i skupienie się na przygotowywaniu przez nich uczniów do nowych wyzwań społeczeństwa wiedzy, powiedziałem, że gdyby sprawa zależała ode mnie, zrezygnowałbym z powszechnego uczenia informatyki w szkołach. Informatyka w klasach specjalistycznych, ale krytyczna edukacja medialna dla wszystkich.
Z całym szacunkiem dla informatyków, ale sytuacja jest zbyt poważna, żeby pozwolić w polskich szkołach na utrzymywanie technicznego podejścia do mediów, uczenia budowy komputera, sieci internetowej i nauki programowania. To jest potrzebne przyszłym informatykom. Dlatego z żalem stwierdziłem, że informatycy nie są pedagogami, co spotkało się z ostrą reakcją profesora: “Nie wolno panu nigdy mówić, że informatyk, który podpisał w szkole umowę, nie jest pedagogiem”.
Tym sposobem przeszliśmy do tematu kształcenia polskiej kadry nauczycielskiej, bo z panem profesorem zgodzić się nie mogłem, ale ani nie było czasu na dokończenie rozmowy, ani nie ma w tym wpisie miejsca na dodatkowe akapity o polskim systemie kształcenia pedagogicznego. Na pewno sama dydaktyka przedmiotu, a takie związki z refleksją edukacyjną są jedynymi na studiach nauczycielskich nie wystarczy, choćby nauczycielom się wydawało, że tak jest. Sytuacja jest zatrważająca, zwłaszcza, że sami studenci kierunków nauczycielskich nie czują potrzeby refleksji i pogłębiania wiedzy o edukacji.
Zapytana niegdyś znajoma- studentka matematyki nauczycielskiej powiedziała mi:
“Jak to jak będę uczyć matematyki? Tak samo jak mnie uczono w szkole- to chyba jasne?! Nie rozumiem, po co nam te pedagogiczne bzdury na studiach”.
Po co przy takim podejściu potrzebne przyszłym nauczycielom studia wyższe- chyba nie uda mi się zgadnąć…
A żeby zakończenie nawiązywało do tytułu, przytoczę słowa prof. Szkudlarka, zasłyszane podczas wykładu na konferencji “Granice tolerancji” kilka lat temu:
“knowledge society? What the fuck is knowledge society?”.
teraz albo nigdy- fani do boju!

Wczoraj. Z nudów, a może z poczucia zawodowego obowiązku, obejrzałem pierwszy odcinek nowego serialu TVNu. Przyznaję się bez bicia- “Magdę M.”, która jeździ tylko Suzuki Swift (ja nie jeżdżę więc to nie jest reklama), oglądałem również, ba, obejrzałem większość odcinków. Nawet kilka odcinków powtórek.
Mogę zatem powiedzieć, że jestem znawcą nowych seriali TVNu- “39,5″ też oglądam, ale tu może złapali mnie na punkowy haczyk (chociaż z nieustannym darciem mordy “anarchia” i jeżdżeniem “Kazikiem 125p”, do tego z nazwą zespołu “dirty truck” niewiele ma to wspólnego z punk rockiem, ale …). Oczywiście, znawcą na tyle, na ile może być nim kanapowiec wgapiający się w kolejny odcinek (ostatnia dygresja- znowu muszę się przyznać, że nie raz i nie dwa po emisji nowego odcinka oglądałem w sieci odcinek “przyszłotygodniowy”, za opłatą).
Powiem z grubej rury: Magda M., jako bohaterka, ale i jako serial, była ckliwa, pompatyczna, snobistyczna “i w ogóle”. Nowy serial TVNu, który jest produkowany przez producentów Madzi, jest- uwaga- jeszcze bardziej pompatyczny, snobistyczny. Ckliwy na średnim poziomie, ale wspaniałomyślne porzucenie jednej z bohaterek przez chłopaka na zagranicznej wyspie, przy samotnym, specjalnie wynajętym stoliku na plaży, w momencie, kiedy ona oczekiwała zaręczynowego pierścionka, wróży chusteczkowo- łzawy rozwój akcji (czy będą lody z popcornem?!).
Ujęcia niemal identyczne jak u Magdy. Od Magdy, a raczej jej kolejnych po pierwszym sezonów, zaczerpnięto także wielowątkowość. Chociaż to żaden objaw uczenia się, a jedynie skorzystanie ze sprawdzonego wzorca, bo słynna Magda M. w pierwszej serii była cholernie nudna, właśnie dlatego, że skupiano się tylko na użalającej się nad sobą, spełnionej w pracy, ale nie w miłości pani prawnik.
Na długą analizę nie mam dzisiaj ochoty więc będę oszczędzał czytelnikom moich wywodów. W przypadku tego typu seriali zastanawia mnie jedna sprawa. Promocja określonych produktów i określonego stylu życia. Magda wypromowała samochód- to na pewno. Ale utwierdziła również studentów prawa i administracji- a takim mogłem się przyglądać jako obserwator uczestniczący (nie student, ale bywalec Wydziału Prawa i Administracji, który przez kilka miesięcy przynajmniej dwa razy w tygodniu przesiadywał na wydziale i obserwował studentów)- że są czymś w rodzaju wyższej kasty, która musi się zawsze ubierać jak serialowe postaci. Czyli w nowe, modne ciuchy, że powinni podjeżdżać odpowiednimi samochodami itd. Uważam to oczywiście za dziwne, bo studenci z reguły są “biedniejsi niż bogatsi” (nie zamierzam jednak badać ich statusu, poza tym na kierunkach tzw. elitarnych częściej zdarzają się ludzie z pieniędzmi niż np. w Instytucie Pedagogiki, gdzie studiowałem i pracuję).
Ale kto wie? Może studenci prawa i administracji mieli dzięki Magdzie M. swoje pięć minut, a może pokazano im szczerą prawdę, o której zapewne wiedzieli i tak, jak musi wyglądać prawnik. A i kandydat na prawnika. Zatem utrzymywanie odpowiedniego wizerunku może być czymś w rodzaju inwestycji w przyszłość, ale tu wpadam już w banalne refleksje rodem z pierwszych zajęć public relations.
Nawiązując do nowego serialu- zastanawiam się, czy TVN nie przekracza pewnej granicy. Bo latanie samolotem na zagraniczną wyspę nie jest w Polsce jeszcze powszechne, nie każdy pracuje w redakcji znanego pisma albo jest dyrektorem w międzynarodowej sieci lub trzydziestolatkiem palącym dobre cygara. Na ile nowy serial jest cukierkowym obrazem wymarzonego życia przeznaczonym dla konsumptariatu, a na ile docelowymi odbiorcami są młodzi ludzie tzw. “Warszafki” (odczytywać można szerzej niż tylko odnosząc się geograficznie do Stolycy)? Może TVNowi uda się dobrze wstrzelić w gusta kilku grup odbiorców. No i pytanie zasadnicze- co wypromuje serial? Samochód, wycieczki zagraniczne, a może mydło? Na pewno będzie to coś “dla wszystkich”, bo bohaterowie nie pochodzą z jednego środowiska zawodowego. I na pewno nie będzie to produkt dla kobiety, choć z kasą, to trzydziestoparoletniej samotnej zapatrzonej w “Sex and the City” (podobno niebawem wersja kinowa!).
Denerwujące jednak jest to, że nowość serialowa, w dodatku serialowa superprodukcja, bazuje na oklepanych motywach, podobnej konstrukcji przekazu i nie zdziwiłbym się, gdyby Magda M. pojawiła się nagle w serialu jako znajoma któregoś z bohaterów. Krótko mówiąc- na razie nuda i przewidywalność. Ale czego oczekiwać po tzw. nieambitnym, a mającym zarabiać na siebie “kinie” (w cudzysłowiu, bo nie chcę się narażać na ataki speców od Kina- następców Literaturowych purystów)?
Po co ja to wszystko piszę? Ano po to, żeby wyrazić swoją niechęć do podrzucania popkulturowej papki. Jestem telewidzem, jestem fanem popkultury. Martwi mnie jednak, że pomimo górnolotnej otoczki i superprodukcyjnych uniesień, podaje się w Polsce często podmalowane starocie. Tylko dlatego, że sukces komercyjny wcześniejszej edycji się sprawdził.
Nowe pomysły może są i dobre, ale nowe i niesprawdzone. Dlatego łatwiej zrobić ósmą edycję “Tańca z gwiazdami”, drugą “You can dance” (przy okazji, tak się chroni w Polsce polski język) i reaktywować trupa “Milionerów”. Mogę jednak sobie płakać na blogu, bo w Polsce jak nie ma społeczeństwa obywatelskiego, tak nie ma fanów- aktywistów, walczących na szeroką skalę o swoje (oczywiście awangarda istnieje, ale tylko a propos niszowych produkcji…). Kolejny dowód, że trzeba nam edukacji medialnej, również w zakresie krytycznej postawy zaangażowanego fana, kropka.
redaktorzy p54 nagrodzeni

W ogólnopolskim konkursie “Kultura Popularna w Polsce” zorganizowanym przez kwartalnik “Kultura Popularna” oraz Instytut Kultury i Komunikowania Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej w Warszawie II miejsce zdobył Piotr Siuda, redaktor p54 i autor bloga popblog.
Jury w składzie:
Jerzy Bralczyk
Wojciech J. Burszta
Mariusz Czubaj
Mirosław Duchowski
Miroslaw Filiciak
Wiesław Godzic
Mateusz Halawa
Roch Sulima
Anna Zeidler-Janiszewska
nagrodziło tekst Piotra „Patrząc na fanizm, nie zapominajmy o antyfaniźmie. Polski antyfan”.
Natomiast praca autora powyższego wpisu: „Remiksy (nie)realnego socjalizmu.Wirtualne państwo jako edukacyjna przetwórnia <<rzeczywistości>>” została przez Jury wyróżniona.
Oby nagrody były dla redaktorów p54 motywacją do dalszego działania.
Pełna lista laureatów konkursu
pseudomanifest otwierający (niekonsultowany z kolektywem)

Powracamy po wielotygodniowej przerwie. Poświęciliśmy ją na re- kreację. Wyciszenie pozwala zebrać myśli i wyostrzyć pióro (albo zwyczajnie zetrzeć kurz, jaki zebrał się na klawiaturze). Jak powiedział jeden z klasyków III RP, chociaż zrobił to już w RP IV, a może, jak wolą niektórzy w RP III,5:
“Ja dużo czytam, odświeżam umysł i będę…”
My, w dobie K 2.0 (o ile ta metafora jest do przyjęcia; ciekawe czy są już wojownicy w imię K 3.0?) też będziemy @#$%! jak brzytwa. I chociaż spotykamy się rzadko, mamy swoje v-miejsce, mamy swój adres i po przeprowadzce będziemy, jeśli nas tylko zaprosicie, jednym z medialnych głosów w Waszym domu (automatycznie skojarzyło mi się z “Gościem Niedzielnym”, którego nigdy nie czytałem, wybaczcie).
Nie będziemy w p54 wstawiać reklam i zachwalać nowoczesnych gadżetów. Nie będziemy posłuszni zaleceniom redaktora naczelnego- bo takiego nie mamy. Za myślenie nikt nam nie płaci. Gdybyśmy musieli się określić jako część większej struktury- budujemy, na razie lekki, jeszcze łatwy do przebudowy projekt medialnej refleksji, wymiany poglądów i niekończącej się dyskusji. Niczego nie powiemy raz na zawsze. Wszystko nadaje się do demontażu i mentalnego recyklingu.
I jakkolwiek to brzmi po długoletnich urokach PRLu- jesteśmy wirtualnym(?) “kolektywem”, który ma również jak najbardziej realne plany (elektronicznego konia z rzędem temu, kto nakreśli wyraźną granicę pomiędzy sztucznością a rzeczywistością). My, p54, nie podlegamy żadnym komercyjnym instytucjom, a nasze teksty są pochodną różnorodnych inspiracji, chociaż każdy z nas intelektualnie lub fizycznie zahaczył nie raz, zahacza albo zahaczać zaczyna o przestrzenie pedagogicznego namysłu.
Nie musimy się ze sobą zgadzać. Będziemy pisać różnorodnie na te same tematy, będziemy oglądać wydarzenia przez prywatne pryzmaty myśli i doświadczeń. Naszą ideologią jest polifoniczna krytyka obecnej kultury, kształtowanej do, w i przez media. Chcemy łączyć teorię z praktyką i re-konstruować otaczający nas świat. Będziemy kreślić utopie, a później na bazie wzorów budować (oby nie pokraczne) ich wcielenia, wciąż na nowo.
A może tylko zajmiemy się szkicowaniem spostrzeżeń… jak do tej pory…
The Paulo and Nita Freire International Project for Critical Pedagogy

Pedagodzy krytyczni/ radykalni radykalnie wchodzą w świat internetowej sieci i otwartego dostępu/ konstruowania wiedzy. Chociaż materiały na temat pedagogiki emancypacyjnej/ krytycznej/ radykalnej są w dużej liczbie dostępne w sieci, nie było do tej pory miejsca, które pretendowałoby do informacyjnego centrum. Taką właśnie rolę- centrum wymiany poglądów, informacji o wydarzeniach, archiwum tekstów, wideo, a także punktu wyjścia do internetowego czasopisma na zasadach open access i kolektywnego budowania wiedzy w oparciu o wiki zamierza spełniać The Paulo and Nita Freire International Project for Critical Pedagogy.
Projekt zawierać będzie blog, forum dyskusyjne, do tego twórcy projektu budują czasopismo “The International Journal of Critical Pedagogy”, dostępne będzie wiki oraz archiwa pedagogiki krytycznej. Ale jak twierdzą twórcy projektu, będą się również starać budować międzynarodowe centrum badawcze w Uniwersytecie McGill, mające być w przyszłości głównym miejscem konstruowania refleksji na temat radykalnej krytyki edukacyjnej.
Jako pedagoga, ogromnie cieszy mnie, że radykalni pedagodzy nareszcie “odkryli” sieć i to tę aktualną- z własnym kanałem wideo na youtube, profilem na facebooku, blogiem, wiki, dostępnymi w sieci archiwami dyscypliny i międzynarodowym czasopismem publikowanym zgodnie z duchem open access.
Cieszy mnie również, że projektowi przyświecają idee Paulo Freire. Bo chyba dla wszystkich krytycznych pedagogów, nawet gdyby się nie do końca zgadzali, Freire jest i chyba powinien być wspólnym punktem wyjścia. Ba, Freire i inni ideolodzy zradykalizowanej pedagogiki powinni być czytani i paradoksalnie adaptowani do nowych medialnych wyzwań. Bo nie da się promować edukacji medialnej opartej na nowych możliwościach sieci, jeśli nie będzie to krytyczna edukacja medialna, zajmująca się nie tylko obsługą nowych technologii i nie tylko analizowaniem medialnych przekazów, ale również krytyczną re-konstrukcją i walką przeciwko pojawiającym się opresjom (a takich obecnie nie brakuje). Budowaniem na bazie dostępnych treści, miksowaniem i nieustannym, kolektywnym przetwarzaniem i obywatelskim zaangażowaniem. Bo kultura od zawsze była nie tylko wytworem, ale właściwie przetworem powstającym w wyniku ludzkich działań.
Nie zamierzam tu jednak konstruować wizji łączenia myśli radykalnych pedagogów ze współczesnymi aktywistami w rodzaju hakerskich promotorów wolnej informacji, zwolenników wolnej kultury i sieciowych komunitarian oraz innych wielbicieli swobodnego dostępu do wiedzy. Cieszy mnie, że pedagodzy krytyczni wchodzą w świat w nowoczesnej sieci i to z ogromną siłą, chociaż projekt oficjalnie zostanie uruchomiony w połowie marca.
Oby stał się intelektualną pożywką dla zainteresowanych edukacją, zwłaszcza edukacją medialną. Bo sięganie do Benklera, choć ważne, to jednak nie wystarczy. Zwłaszcza, że radykalni pedagodzy wychodzą poza pedagogiczną skorupę i jak w jednym z wywiadów mówił Henry Giroux- przez pewien czas bał się nawet doczepiania pedagogicznej etykiety, bo z góry oznaczało to wykluczenie z grona kulturoznawczej refleksji, tak bliskiej pedagogom, a właściwie przez nich współtworzonej, spychało do rangi kształcącego nauczycieli, czyli do wąskiej specjalności nauczyciela edukacyjnych wyrobników. I chociaż mamy to za sobą, do radykalnej myśli pedagogicznej sięga się dzisiaj zbyt rzadko.
Radykalności nie należy się jednak obawiać. To nie to samo co sekciarstwo. Jak pisze w swojej “Pedagogice uciśnionych” sam Freire:
“(…) im bardziej ktoś jest radykalny, tym pełniej wchodzi w rzeczywistość, w ten sposób, znając ją lepiej, może ją lepiej przekształcać. Taka jednostka nie boi się stanąć twarzą w twarz, wysłuchać i spojrzeć na odkryty świat. Taka osoba nie boi się spotkania z ludźmi i wchodzenie z nimi w dialog”.
Nierozsądny żart czy przemyślany happening?

O akcji czeskiej grupy Ztohoven, czyli o „wybuchu w Karkonoszach” napisano już w wielu serwisach internetowych, często traktując go jako wybryk chcących zaprezentować swoje umiejętności hackerów. Niezależnie od tego, czy samo wydarzenie rozpatrywalibyśmy jako bardziej lub mniej zabawne, oraz mieszczące się lub naruszające granice tego co uważamy za dobry dowcip, warto zastanowić się nad samym przekazem i być może krótką lekcją jakiej efektownie udzielili nam czescy artyści.
Podmieniając obraz telewizyjny przedstawiający fragment karkonoskiej panoramy na animację z wybuchem atomowym z pewnością wprowadzili oni w błąd część spośród 45 tysięcy widzów czeskiej telewizji ČT2. Perfekcyjnie zatarli tym samym granicę między rzekomą prawdziwością i rzetelnością przekazu telewizyjnego, którą nie zawsze podważamy oglądając codzienne wiadomości, a jego złudnością, subiektywnością, a nawet całkowitą symulacją - jak w tym przypadku.
Nie treść przekazu, a jego forma, mogłaby tu być przedmiotem refleksji, również pedagogicznej, przypominającej o aktualności słynnego stwierdzenia the medium is the message - M. McLuhana. Nietrudno jednak o nim zapomnieć, jeśli prawo do fikcji przyznajemy głównie przekazom powstałym na bazie wymyślonej fabuły, nie koniecznie zaś np. programom informacyjnym. Łatwo tutaj wpaść w pułapkę manipulacji, jak miało to np. miejsce w przypadku słynnego słuchowiska radiowego Orsona Welles’a - „Wojna światów”. Historia zaczerpnięta z powieści H. G. Wells’a opisywała najazd Marsjan na ziemię i w słuchowisku przedstawiona została w formie programu informacyjnego na żywo, opartego na relacjach reporterów. I choć miało to miejsce prawie 70 lat temu, jeśli zgodzić się z badaczem tego fenomenu – R. Bartholomew, bezkrytyczność słuchaczy Welles’a w analogicznej sytuacji mogłaby okazać się nam bliższa, niż sądzimy.
Potwierdzającą słowa Bartholomew powtórką z rozrywki, może być tu inna czeska lekcja edukacji medialnej, jaką trzy lata temu zaprezentowali dwaj studenci praskiej szkoły filmowej – czyli realizacja kampanii reklamowej hipermarketu „Czeski sen” i zrealizowany na jej podstawie film P. Zelenki.
O ile w tym wypadku zawiedzeni, niedoszli konsumenci tylko domagali się kar dla organizatorów happeningu, o tyle autorzy animacji wybuchu w górach postawieni zostaną przed sądem. Oby kolejne pomysły czeskich artystów na culture jamming, miały wbrew tradycji czeskiego filmu, mniej gorzki finał.
Nowe media, stara polityka

Niepozostawiającą pola do dyskusji decyzję podjęli urzędnicy Pentagonu, blokując amerykańskim żołnierzom w Iraku możliwość korzystania z niektórych witryn internetowych, w tym najpopularniejszego amerykańskiego systemu blogowego MySpace, o czym przeczytać można na portalu stacji CNN. Nie przejmując się niczyją opinią oraz podważając tak cenione przez Amerykanów prawo do wolności słowa, zablokowano swobodny przepływ informacji wprowadzając swoistą cenzurę.
Zaczęło się od pomysłu przywódcy plutonu amerykańskiej piechoty, który założył bloga (a za nim zrobili to inni żołnierze), by móc być w stałym kontakcie z rodzinami i przyjaciółmi. Ponadto żołnierze mieli możliwość bieżącego korzystania z Internetu. Wysyłanie jednak maili do stęsknionej rodziny okazało się jedną z wielu form przekazywania wiadomości i jak na dobę konwergencji mediów przystało, pojawiać się zaczęły takie formy relacji, jak np. zamieszczanie filmików na YouTube.
Przepływ informacji o bieżących wydarzeniach w takiej formie, stał się jednak dla Pentagonu kwestią kłopotliwą. Wystarczy obejrzeć jeden z wielu tam umieszczonych filmików, by zastanowić się nad przyczyną decyzji o zablokowaniu możliwości korzystania z 11 witryn, w tym MySpace oraz YouTube (również Metacafe, IFilm, StupidVideos and FileCabi, BlackPlanet, Hi5, Pandora, MTV, 1.fm and live365 oraz Photobucket). Choć 11 witryn internetowych mogłoby być liczbą niezauważalną, zablokowanie takiego monopolu jak YouTube, zwłaszcza po przejęciu go ostatnio przez Google, prawdopodobnie, w zasadniczy sposób zmniejsza możliwość rozprzestrzeniania się wszelkich (niepożądanych) informacji.
Jak twierdzi rzecznik Pentagonu - decyzja ta miała związek z zabezpieczeniem sieci przed rozprzestrzenianiem się wirusów, przeciążaniem jej, a przede wszystkim, wydostawaniem się na zewnątrz tajemnic wojskowych.
Jednocześnie jednak urzędnicy Pentagonu podjęli decyzję o szerokości i jednostronnym kierunku „kanału mediów”, zdecydowanie nie znajdując w nim miejsca na nie przystające do szablonu informacje i dając sobie prawo do kształtowania pożądanego obrazu wojny w Iraku.
Zastanawiające, czy wzięto pod uwagę medialnie konstruowane rozumienie tejże wojny, jako głęboko potrzebnej, będącej środkiem do ocalenia całego świata przez terroryzmem. Z pewnością wspólne i ujednolicone rozumienie nie istnieje, jednak takie decyzje nadają mu bez wątpienia pewien kierunek, który w konfrontacji z takimi nagraniami jak strzelanie przez amerykańskich żołnierzy dla zabawy do stada pasących się przy drodze owiec przypadkowego Irakijczyka, wywołuje pewien zgrzyt i dysonans. I być może jest po prostu prądem wbrew nurtowi, potencjalnym zagrożeniem dla wizerunku żołnierza-patrioty, który ryzykując życie walczy ze światowym terroryzmem, nie tylko by ocalić Amerykę, ale i nas wszystkich mieszkańców zachodniego, cywilizowanego świata! Nie trudno przypomnieć sobie telewizyjne przekazy pokazujące amerykańskich żołnierzy jako jeńców i ofiary zamachów. Filmy na YouTube oglądają miliony osób i mogą one kształtować opinię społeczną, bedąc poza jakąkolwiek kontrolą decydentów. Internet więc mógłby tu dalej stanowić pewną przeciwwagę, jak widać jednak, relacje samych amerykańskich żołnierzy prezentujących nagrania z własnych poczynań, są nazbyt rewolucyjne i przez władze ich zwierzchników nie mogą być szerzej dopuszczone do głosu.
http://www.cnn.com/2007/TECH/internet/05/14/military.sites.blocked.ap/index.html

Subskrybuj kanał RSS



