wyzwania społeczeństwa wiedzy(?)

wyzwania-spoleczenstwa-wiedzy

Drugiego kwietnia w Instytucie Pedagogiki Uniwersytetu Gdańskiego prof. Leszek Korporowicz i dr Sylwia Jaskuła wygłosili wykład “Wyzwania społeczeństwa wiedzy”. Czasu było mało i wykład zamknął się w czasie krótszym niż zegarowa godzina. Dyskusję przeniesiono do gabinetu dyrekcji, gdzie zjawili się zainteresowani rozmową.

Nie będę referował całego wykładu. Co do technicznych uwag odnośnie zawartości- zbyt wiele było definiowania, czym jest informacja, podawania w tabeli określeń dla współczesnego społeczeństwa, wychodząc od starego japońskiego “społeczeństwa informacyjnego”- widać było, że jest to nużące dla wielu słuchaczy. Bo chociaż wiele osób nie zna dokładniej podawanych terminów, to nie sądzę by miało to kluczowe znaczenie dla całego wykładu. W każdym razie autorzy stwierdzili, że zmierzamy do “społeczeństwa wiedzy”, które zdecydowali się samodzielnie zdefiniować. Zanotowałem tylko fragment definicji:

społeczeństwo wiedzy (to takie, w którym -GDS) (…) tworzenie i wykorzystanie wiedzy staje się strategicznym czynnikiem jego rozwoju.

W dyskusji wzięło udział zaledwie kilka osób. Zwrócono uwagę m.in. na małą liczbę odniesień do antropologicznego kontekstu społeczeństwa wiedzy, a sygnalizowali o tym wykładowcy, nie rozwijając jednak myśli.

Zabrałem głos ostatni, właściwie minutę przed wyjściem gości na obiad i nie zgodziłem się z tezą o nadchodzącym społeczeństwie wiedzy, parafrazując definicję referentów:

Społeczeństwo polskie nie jest (i w najbliższej przyszłości nie będzie) społeczeństwem wiedzy, ponieważ tworzenie i wykorzystanie wiedzy NIE staje się w Polsce strategicznym czynnikiem społecznego rozwoju.

Zwróciłem uwagę, że dzieje się tak dlatego, że nie ma żadnej spójnej strategii, która miałaby na celu likwidowanie luki dostępu i luki uczestnictwa. Pani doktor przerwała mi, zwracając uwagę, że dopiero zmierzamy do społeczeństwa wiedzy, ale nie jesteśmy nawet społeczeństwem informacyjnym. Cóż, nie wydaje mi się, żebyśmy musieli sekwencyjnie przechodzić przez identyczne etapy jak inne kraje, zwłaszcza, że w rozumieniu autorów społeczeństwo informacyjne jest gorszym poziomem niż społeczeństwo wiedzy. Nie ma zatem sensu budować społeczeństwa informacyjnego- z resztą samo się u nas buduje, w sensie negatywnym- mamy krótkie informacje niestrukturyzowane w wiedzę- papka medialna- lepiej od razu przejść do budowania społeczeństwa wiedzy. A do tego trzeba konkretnego pomysłu i dyskusji.

Nie zgodziłem się również z pomysłem autorów na ograniczanie dostępu do treści młodym ludziom- nieograniczony dostęp do informacji rzekomo prowadzi do różnorodnych nieszczęść. Zaproponowałem raczej uświadamianie i kształcenie w zakresie, nie indywidualnego (jak proponowali autorzy jako jeden z kroków do społeczeństwa wiedzy), ale zbiorowego filtrowania i oceniania informacji. Bo samodzielne odsiewanie jest na szeroką skalę niemożliwe- zwłaszcza gdy mowa o uczniach np. gimnazjum. Trzeba zatem odejść od starego modelu samodzielnej pracy.

Podobnie nie zgodziłem się, że wirtualizacja kontaktów jest zagrożeniem. Nie zdążyłem nawet rozwinąć myśli przenoszenia kontaktów ze świata wirtualnego (nie lubię nieustannego rozgraniczania, nie widzę w tym sensu, ale sam czasem “z marszu” z niego korzystam) na świat realny i korzyści ze społecznego uczestnictwa dzięki wirtualnym zapośredniczeniom (chciałoby się krzyknąć “telefon też tworzy wirtualną przestrzeń!”). Zwróciłem również uwagę, że w naszym kraju funkcjonuje “demonizacja uzależnienia od internetu”. Bo zagrożenie uzależnienia od sieci wskazywali autorzy. Oczywiście, uzależnić się można, podobnie jak od telewizji (chociaż wolę uzależnienie od sieci i kontaktów społecznych niż wgapianie w ekran i zapping), można się uzależnić podobnie jak od narkotyków. Ale to są przypadki skrajne. A uzależnienie od internetowych kanałów komunikacyjnych ma raczej charakter uzależnienia cywilizacyjnego- podobnie jak uzależnienie od samochodu czy używania butów. I nie należy potępiać sieci, ale zastanowić, jak minimalizować zagrożenia, nieustannie redefiniować je na nowo, wykluczając jednak zagrożenie wynikające ze strachu przed nowym medium. Bo sieć internetowa dla nas, a zwłaszcza dla badaczy społecznych nie jest już nowością. Jest częścią rzeczywistości i postawa autorów wykładu wpisała się niebezpiecznie w pseudopedagogiczną postawę “gry komputerowe przyczyniają się do morderstw i samobójstw”.

Na koniec, również wbrew gościom, którzy postulowali zwiększenie roli szkolnych informatyków, jako edukatorów i skupienie się na przygotowywaniu przez nich uczniów do nowych wyzwań społeczeństwa wiedzy, powiedziałem, że gdyby sprawa zależała ode mnie, zrezygnowałbym z powszechnego uczenia informatyki w szkołach. Informatyka w klasach specjalistycznych, ale krytyczna edukacja medialna dla wszystkich.

Z całym szacunkiem dla informatyków, ale sytuacja jest zbyt poważna, żeby pozwolić w polskich szkołach na utrzymywanie technicznego podejścia do mediów, uczenia budowy komputera, sieci internetowej i nauki programowania. To jest potrzebne przyszłym informatykom. Dlatego z żalem stwierdziłem, że informatycy nie są pedagogami, co spotkało się z ostrą reakcją profesora: “Nie wolno panu nigdy mówić, że informatyk, który podpisał w szkole umowę, nie jest pedagogiem”.

Tym sposobem przeszliśmy do tematu kształcenia polskiej kadry nauczycielskiej, bo z panem profesorem zgodzić się nie mogłem, ale ani nie było czasu na dokończenie rozmowy, ani nie ma w tym wpisie miejsca na dodatkowe akapity o polskim systemie kształcenia pedagogicznego. Na pewno sama dydaktyka przedmiotu, a takie związki z refleksją edukacyjną są jedynymi na studiach nauczycielskich nie wystarczy, choćby nauczycielom się wydawało, że tak jest. Sytuacja jest zatrważająca, zwłaszcza, że sami studenci kierunków nauczycielskich nie czują potrzeby refleksji i pogłębiania wiedzy o edukacji.

Zapytana niegdyś znajoma- studentka matematyki nauczycielskiej powiedziała mi:

“Jak to jak będę uczyć matematyki? Tak samo jak mnie uczono w szkole- to chyba jasne?! Nie rozumiem, po co nam te pedagogiczne bzdury na studiach”.

Po co przy takim podejściu potrzebne przyszłym nauczycielom studia wyższe- chyba nie uda mi się zgadnąć…

A żeby zakończenie nawiązywało do tytułu, przytoczę słowa prof. Szkudlarka, zasłyszane podczas wykładu na konferencji “Granice tolerancji” kilka lat temu:

“knowledge society? What the fuck is knowledge society?”.

Tagi:
Kategorie: Bez kategorii

Możesz teraz skomentować ten artykuł albo subskrybować komentarze do niego. Trackback: # A może nie wiesz co to trackback?


Komentarze

Odnoszę nieodparte wrażenie, że mówienie o społeczeństwie informacyjnym, o społeczeństwie wiedzy i o ważnych aspektach kształcenia młodych ludzi opiera się głównie na przytaczaniu lub tworzeniu definicji, terminów i ideologii.
Dążymy do społeczeństwa wiedzy w sposób bardzo teoretyczny, tworzymy programy i plany i nie odnosimy ich do rzeczywistości.
Edukacja medialna nie jest dla wielu wartością, nie widzą potrzeby kształcenia młodzieży na odrębnym przedmiocie. Nie widzą, bo też nie bardzo wiedzą na czym miałoby to polegać, BOJĄ się!
Na stronach MEN od kilku dni trwają “społeczne konsultacje” w sprawie nowej podstawy programowej. Podstawy, którą chcą stworzyć w cztery miesiące! Po lekturze tejże reformatorskiej podstawy mogę stwierdzić, że jest ona taka sama, jak dotychczas, tylko wszystko jest zupelnie inaczej poukładane. Inaczej, ale czy lepiej, czy dobrze?
Nowy przedmiot w szkole podstawowej i gimnazjum - plastyka i media. Kto miałby tego uczyć? Czy miałaby to być bardziej plastyka, czy bardziej media? Treści programowe wskazują raczej na media. I to jest problem niebywały, bo plastycy nie są raczej przygotowani w kierunku edukacji medialnej. Po raz koleny pojawia się edukacja medialna w podstawie kształcenia i po raz koleny tak naprawde jej nie ma. Ścieżka międzyprzedmiotowa “załatwia” tem problem od 1998 roku, teraz o mediach będziemy uczyć na plastyce…
Nie ma kadry odpowiednio wykształconej, to prawda. Nie ma też jednak parcia na kształcenie się w tym kierunku. Brakuje szerokiej kampanii społecznej informującej o edukacji medialnej w ogóle. Większośc pytanych przeze mnie ludzi (nauczycieli, studentów, uczniów, rodziców) ogranicza edukację medialną do posługiwania się mediami, szczególnie komputerem. Dyrektorzy szkół wskazują na nic nie warte szkolne programy ścieżek edukacyjnych lub na wspomniany przez mojego “przedmówcę” przedmiot - informatykę. Zgodzę się, że informatyka powinna być przedmiotem dla zainteresowanych.
Technologia informacyjna (bo tak obecnie nazywają się zajęcia komputerowe) jest kolejną mieszanką terści technicznych z medialnymi. Trudno też mówić o wysokim poziomie informatycznym, skoro tylko w najlepszych wielkomiejskich liceach pracują infomatycy z krwi i kości. Nauczycielami informatyki są często nauczyciele innych, pokrewnych przedmiotów, po studiach podyplomowych z technologgi informacyjnej lub informatyki.
Co przeszkadza w rozwoju edukacji medialnej w szkołach? Skostaniały system wymagań i kwalifikacji. Brak odpowiedniej ilości studiów z zakresu edukacji medialnej, w ogóle ich brak. Pocieszające jest jednak to, że młodzi nauczyciele widzą konieczność kształcenia, działania zgdonie z obowiązującymi trendami edukacyjnymi, więc może w krótce uczelnie wyjdą na przeciw oczekiwaniom i stworzą odpowiednią ofertę dokształcającą. Oby tylko oczekiwania były…

Dodaj komentarz

(wymagane)

(wymagane)